środa, 15 maja 2013

Kwieciem dni umalowane.Dzień Polskiej Niezapominajki-to już dziś!



Wiosna

 Czym pachnie wiosna?
 Ziemią...
 Czym jeszcze?
 Źdźbłem trawy, słońcem
 i deszczem, pączkami liści,
 mleczem,
 i bzem,
 czeremchą,
 pogodnym dniem...
 Czym jeszcze pachnie dokoła,
 gdy wiosna szaleje na świecie?
 Jeszcze wspomnieniem zimy
 i już marzeniem o lecie...

M. Strzałkowska


Podczas wiosennych dni jeżdżę na różowej damce,w której za każdym razem musi popsuć się nowa rzecz.(koło,zderzak..,co tym razem?).W czerwonych trampkach.Z rześkim wiatrem we włosach i świadomością wiosennej beztroski,przynajmniej w odległych myślach.Na mały moment zapomnienia.
Wgryzam się w apetyczne stronice przesłodkiej,niedawno wygranej książki Paryż mój słodki Amy Thomas.(myślę sobie,że to nie był przypadek,po prostu musiała wpaść w moje ręce:)Autobiograficzna opowieść o doznaniach smakowych pośród dekadenckiej rzeczywistości stolicy Francji.Każdy seans z ów książką w dłoniach bezwzględnie zapala chęć na smakowanie ciepłych wypieków rodem z francuskich boulangeries,co do których na naszej,polskiej ziemi nie mamy zbyt wiele szczęścia.Jest,jednak pewien kruchy specjał,na który natknęłam się w osiedlowej piekarni podczas stania w kolejce i przeglądania drewnianych półek i przeszklonych witryn.Niezbyt pokaźnych rozmiarów,lekko przyrumieniony rogalik z ciasta francuskiego okraszony posypką z płatków migdałów z delikatnym,słodkim,ale nie mdlącym nadzieniem o posmaku migdałów i kropli esencjonalnego alkoholu,najprawdopodobniej rumu.Wg mnie  prym w tym niepozornym wypieku wiedzie regularnie rozwarstwiające się maślane ciasto.Naprawdę miłe zaskoczenie i cząstka paryskiej esencji w zaciszu pokoju-zafundowana!
Przeglądam cykl paryskich analogowych fotografii Isabelle Bertolini.pełne ciepłego światła.chwytające za serce.   
Namiętnie sączę kolorowe soki jednego dnia tak zwane.Bez konserwantów i innych zbędnych składników.Marchewkowy moim nr 1.
Uczestniczę w konferencjach na Wrocławskich dniach Zdrowia Publicznego.
Obchodzę Święto polskiej niezapominajki(tym razem nie zapomniane,jak to miało miejsce rok temu).

Niezapominajka stała się elementem naszego krajobrazu, symbolizującym pamięć o wszystkich ważnych wartościach naszej kultury. Ten kwiat podkreśla pamięć o przyjaciołach także tych, którzy walczyli za ojczyznę. Obchodząc Święto Niezapominajki, czcimy miłość, pamięć i tradycję.   
(źródło: niezapominajki.pl)

Co ciekawe, jest także symbolem kultury ekologicznej.



W takim dniu,z uwagi na tytuł bloga,jak i niemalejące uwielbienie autorki tymi,jakże niepozornymi,zwiewnymi kwiatami nie mogłam nie zwrócić Waszej uwagi na wiersz zatytułowany ich imieniem.
czytam każdego ranka przy otwartym oknie.przyjemne doświadczenie..


Niezapominajki

Jeśli tęsknisz wyjdź ja nie powiem nikomu
Idź niedaleko od swojego domu
Zatrzymaj się i zobacz z bliska
Jak nad wodą bujnie życie tryska

Tam gdzie strumyk szumi i ogłusza
Gdzie ukwieconej łąki zielona dusza
Gdzie pragnienie gaszą nie tylko czajki
Tam na brzegu usadowiły się niezapominajki

Pochyl się a zobaczysz jak się uśmiechają
I o majowej miłości błękitu przypominają
Dostrzeżesz ich niebieskie odcienie
I żółte oczka to niezapominajki odzienie

Posłuchaj jak wśród porannej ciszy
Słodka majowa woń dyszy
Jak wdzięcznie śpiewają skowronki
Niczym kościelne kwiatów dzwonki

Nad łąkami unoszą się porannych mgieł welony
Wśród niezapominajek ranek wonią rozmodlony
Błękit żabich oczek za serce chwyta
Idź zobacz ta Miłość nie jest przed Tobą ukryta.

Z.Głuszczyk

**

A na deser,a raczej słodki i pożywny początek majowego dnia przygotowuję ciepłą kaszę jaglaną,tzw. jaglankę.Gotowaną na mleku wraz z wodą(do śniadaniowych kasz,czy owsianek w połączeniu z owocami zazwyczaj używam mleka roślinnego/sojowego,migdałowego.bez laktozy).
Urozmaiconą karmelizowaną w delikatnym miodzie soczystą gruszką ze szczyptą pobudzającego imbiru i kroplą soku  z cytryny na poranne pobudzenie.


Kasza jaglana z miodowo-imbirową gruszką i sokiem z cytryny
1 porcja

3 łyżki kaszy jaglanej
pół łyżeczki mielonego siemienia lnianego
5 łyżek mleka roślinnego(lub innego)
10 łyżek wody
szczypta soli

Kaszę płuczę pod bieżącą zimną wodą,co ma zapobiec charakterystycznej goryczce po ugotowaniu,odsączam na sitku.
Mleko wraz z wodą zagotowuję ze szczyptą soli,wsypuję kaszę razem z siemieniem,mieszam i gotuję na wolnym ogniu od czasu do czasu mieszając,aż wchłonie cały płyn,a konsystencja nabierze gęstego charakteru i zawiezistości.Gotową jaglankę przekładam do miseczki,przykrywam talerzem i odstawiam,by doszła,dzięki czemu stanie się delikatniejsza w smaku, o wyraźnie puszystej strukturze.

dodatki:

pół średniej,dojrzałej gruszki
łyżka delikatnego miodu(np.lipowego)
imbiru na koniuszku noża
kilka kropel świeżo wyciśniętego soku z cytryny

Gruszkę obieram,wycinam gniazdo nasienne i kroję w średnią kostkę.Przekładam na patelnię,dolewam miód i podgrzewam na niewielkim płomieniu do momentu powstania słodkiego syropu oblepiającego miękkie,ale nie rozgotowane cząstki gruszki.Pod koniec dodaję imbir,dokładnie mieszam,aby jego smak rozprzestrzenił się w każdym miejscu i zestawiam z ognia.
Przygotowaną wcześniej kaszę skrapiam kilkoma kroplami soku z cytryny i nakładam jeszcze ciepłą porcję gruszki w miodzie.

Smacznego!




niedziela, 28 kwietnia 2013

II lata.




Czas pędzi nieubłaganie…a,ja nawet nie mam czasu i możliwości,aby godnie uczcić tę, zaiste przyjemną dla mnie datę.
Bez kawałka domowego ciasta,za to z parującym na policzki czekoladowym cappuccino pitym przy okiennym parapecie z widokiem na zalane wiosennym deszczem miasto.
Blado-różową gałązką kwietniowej czeremchy-namiastką słodkiego zapachu teraźniejszości.
Stosem książek czekających na wgłębienie się w ich wciągające stronice.
Masą kłębiących się myśli,planów do zrealizowania na już i na nieco później..


Dokładnie dwa lata temu napisałam pierwszego posta i tak już pozostało.Po dziś dzień jestem tutaj,dzielę się moją nudną rzeczywistością,którą o dziwo dostrzegło ponad 200 osób.
Dziękuję każdemu z osobna.Zarówno tym częstym,jak i tylko sporadycznie odwiedzającym bywalcom.

Nie mam ochoty na rozległe patetyczne wywody o życiowej tematyce,na które niejednokrotnie mogliście się natknąć poczytując ów bloga od początku istnienia.

Napiszę po prostu,że jestem wdzięczna.Wdzięczna sobie za zrealizowanie spontanicznego pomysłu pewnego słonecznego dnia wiosny.Od tej pory wiele się zmieniło,wiele rzeczy minęło,jak i wtargnęło w życie z  impetem,jako nowy rozdział osobistej książki.
Wiem,że dzięki temu internetowemu,niepozornemu miejscu jestem tu gdzie jestem teraz,z takimi,a nie innymi pokładami energii w sercu.Jest to dla mnie swego rodzaju deska otuchy dodająca sił przy każdej potyczce,niefortunności losu.

Wierzę,że wszystko ma swój wyznaczony cel i ukryty sens,dla których warto podejmować wyzwania i dążyć do odnalezienia własnej równowagi.


To,tak pokrótce o tym,co chciałam przekazać po tych dwóch latach (nie)regularnego blogowania.
I powiem jeszcze jedno.Warto!


Pozdrowienia!
m.






czwartek, 25 kwietnia 2013

Gdzie byłam...czyli,o tajemniczym (o)grodzie w Sołtysowicach.




Północne peryferie miasta.Oaza ciszy i spokoju w najlepszym tego słowa znaczeniu.Sołtysowicki Gród ochrzczony przeze mnie tajemniczym sięgający czasów XIII-XIV wieku.
Ujawniwszy się przez przypadek(jakich wiele..)podczas zagłębiania się w malownicze okolice w pobliżu wrocławskiej Różanki na nowo nabytym,intensywnie barwnym rowerze.



Kępy delikatnych wiosennych kwiatów rozkładające się nad brzegiem niepozornej rzeczki przykuwają uwagę od pierwszego spojrzenia.



Świeżo zielone pąki drzew pochylające się nad spokojnym nurtem przejrzystej wody,której rytm idealnie wkomponowuje się w osobisty cykl zwiedzających.



Wąskie,miedziane ścieżki pośród budzącej się do życia przyrody stwarzają niepowtarzalny klimat,szczególnie dla rowerzystów(niektóre są naprawdę strome).
Świergot ptaków dobiega ze wszystkich stron,jakby nienachalnie namawiając,w którą stronę się udać.




Zapachy uwielbianych bujnych, białych i żółtych krzewów oplatają ubranie kawałek po kawałku.Od wczesnych godzin poranka do wieczornej szarówki szukam schronienia pod eleganckimi baldachimami śnieżnych kwiatów.
I nie chcę,by ich czas się skończył.



**


Kolorowego weekendu z niespieszną chwilą przy kawie Wam życzę:)

m.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Kwiaty wokół mnie,książkowe kąski i śniadanie z ziarnami




Marzec rozczarował swą powściągliwą aurą roztaczającą nieprzychylne,zimne widoki wokół zasięgu wzroku wygłodniałego cieplejszych impulsów.
Z wiosennym kwietniem,spragniona kwiatowej esencji barw i zapachów układam malowankę usłaną kolorami pasteli z delikatnych,dopiero co wyłaniających się spod ziemi kwiatów.
Mały osobisty manifest w kierunku rozkoszowania się każdym,niepozornym dniem /wg mnie/najpiękniejszej pory roku.

Przy końcu miesiąca,mam nadzieję pochwalić się tutaj,tym jakże optymistycznym zbiorem,o którym na samą myśl zaczynam się uśmiechać:)


Soczyście żółte krokusy z powtykanymi pomiędzy nimi ich fioletowymi braćmi tworzą w prawie każdym mijanym parku połacie warte,choć ułamka zatrzymanej chwili.
Właśnie tymi iście wiosennymi kwiatami witam Pierwszą Wiosnę we Wrocławiu.
Naprawdę lubię to miasto.I zaczynam odkrywać coraz większe pokłady pozytywnej energii drzemiące w rozświetlonych słonecznym blaskiem,nieodkrytych zakamarkach tego miejsca.


Ze słońcem przyszła też fala przyjemnych zdarzeń,pomysłów i lekkich myśli…
stwarzając tym samym,że nadchodzące po sobie dni odznaczają wyraźne ślady na mapie mego 20-letniego życia;może dla niektórych błahe,ale jakże ważne dla spokoju duszy.
Uprzyjemniające chwile,kiedy nic już nie trzeba,kiedy bez wyrzutów wyłączam telefon,nie spoglądam machinalnie na zegarek,nie poprawiam włosów i nie mam makijażu.


Na targach staroci wyszukuję kobiece bibeloty przypominające mieszkanko prababci(kiedy była z nami) z węglowym piecem w centrum kuchni i zawieszoną bawełnianą ściereczką z parą kotów tuż nad nim.
Odwiedzam ów miejsca,kiedy tylko mam czas i nawet nie martwię się zbytnio o poziom finansów w portfelu;wszak wiem,że tam zawsze znajdę Coś idealnie wpasowującego się w mój gust retro/vintage w przystępnej cenie.np. pudrowo różową filiżankę z charakterystyczną pajęczynką pęknięć wewnątrz (widoczną na ostatnim zdjęciu ),czy kolekcję prostokątnych obrazków w drewnianych ramkach uwidaczniających piękno polnych roślin.

Warte odwiedzenia miejsce w zaułku ul.Nowowiejskiej,naprzeciw parku Edyty Stein.

Spaceruję pomiędzy stoiskami ze zdrową żywnością ekologicznego jarmarku(mikroskopijnych rozmiarów..a szkoda). Sobotnią wycieczkę kończę otulona smużką aromatów wiejskich serów,z dorodną,żółtą prymulą w dłoniach.

W drodze do domu wstępuję do przydrożnych second-handów.Z niektórymi paniami znamy się od dawna,zawsze pomogą doradzić,pokarzą ,gdzie wiszą upragnione kwiatowe sukienki z żakardu,czy po prostu rozpoczną niezobowiązującą rozmowę o pogodzie;) Jest miło,a gdy znajdę dodatkowo fatałaszek ukłujący za serce,to już bez dwóch zdań-udany dzień.

Na dniach oczekuję małej transakcji,tzw.po znajomości.Nie mogę uwierzyć,że się udało i niedługo na klatce schodowej będzie na mnie czekał upragniony miejski rower,a raczej powinnam napisać zgrabna damka w stylu holenderskim.Jednoznacznie najlepsza wiadomość miesiąca:)

***


Czas przejść do części kulinarnej wpisu,który bez takowej byłby na pewno niedopełniony i jakby bez wyrazu,nie myślicie?

Tym razem odrobinę w innym tonie,acz równie smakowo przystępnym,czyli w czym się ostatnio zaczytuję.

1.  Słodkie kąski goszczące u mnie od kilku dni to:  nieoceniony klasyk dobrego smaku i humoru w jednym. Słodkie Życie w Paryżu  Davida Lebovitz’a,gdzie opisuje wariacje na temat francuskiej kuchni okraszone okruchami paryskiego,inspirującego życia.
Majsterszyk dla kogoś,kto kocha Francję i zatracanie się w kuchni zarazem.


Niebywałym plusem przyciągającym uwagę są czarno-białe fotografie wręcz krzyczące,by zaraz wybiec z domu i w najbliższej piekarni wypełnić siatkę chrupiącymi croissantami i puszystymi bułeczkami z czekoladowym nadzieniem.
Po cichu napiszę,że mam już słodkiego faworyta-Gateau Therese(ciasto czekoladowe na białkach)koniecznie do wypróbowania.

2.  Druga książka,której kończę własnie trzeci rozdział pod apetyczną nazwą Brzoskwinia z Georgii nosi tytuł  Kuchnia duchów Jael Mchenry-entuzjastki domowej kuchni i blogerki.


Na łamach swojego bloga prowadzi analizy na temat gotowania i jedzenia.simmerblog.typepad.com - byłam,sprawdziłam,lecz nie wywołało to we mnie przypływu ekscytacji,czego kategorycznie nie mogę napisać o wspomnianej książce.

Nie pamiętam,gdzie natknęłam się na tytuł ów powieści,a może ktoś mi ją polecił?tak,czy owak jestem szczęśliwa,że trafiła w moje ręce i przez miesiąc,powoli będę mogła zatapiać się w ukrytych wewnątrz kulinarnych smaczkach na początku każdego rozdziału (nakreślonych oryginalnym pismem autorki)jak np.Zupa z chleba,Szkockie ciasteczka babci Damson,czy wspomniana Brzoskwinia z Georgii na przemian z refleksyjnymi wprowadzeniami o samopoznaniu i wewnętrznej kruchości.
Jednym zdaniem proza życia połączona z poezją smaków.(jak wyczytałam w opisie książki).

Po pierwszych kilku dziesięciu stronicach mogę śmiało napisać,że jest wręcz stworzona dla wrażliwców z ekstrawertycznym nastawieniem w kierunku kulinarnych fascynacji.(zagmatwane..może dlatego,tak mi z tym po drodze:)


Przy wyostrzającej kubki smakowe książce,z filiżanką herbaty w ciepły, nie tylko niedzielny poranek brakuje mi wartościowego śniadania,by z energią i uśmiechem witać dzień.



Nie ukrywam,że wczesna pora tuż po przebudzeniu słońca jest mym ulubionym momentem dnia,tak jak i wyśmienitym czasem na celebrację posiłku.Każdego dnia staram się z należytą wagą podchodzić do tematu śniadań.Mam czas na przygotowanie składników,zagotowanie mleka i wreszcie spokojne rozkoszowanie się samotną chwilą przed wyjściem.



Wiosna,cieplejszy wiatr we włosach,śpiew ptaków za oknem = miseczka zdrowych,lekkich ziaren wymieszanych z ulubionymi orzechami i suszonymi owocami,tzw.musli.
Warto poświęcić odrobinę więcej czasu i skomponować własną mieszankę od podstaw,z tym co lubimy najbardziej,bez zbędnych ulepszaczy i słodzików.
Efekt warty uwagi,szczególnie w połączeniu ze świeżymi cząstkami owoców i mlekiem roślinnym lub gęstym jogurtem.


Moja podstawowa mieszanka musli

2 szklanki płatków żytnich
3 łyżki otrębów owsianych
łyżka mielonego lnu
pół szklanki niedbale posiekanych orzechów laskowych lub migdałów
pół szklanki suszonej żurawiny
szczypta cynamonu
do podania: owoce(postawiłam na hiszpańskie truskawki),mleko roślinne,jogurt naturalny.

Wszystkie składniki delikatnie mieszam i wsypuję do metalowej puszki.Trzymam szczelnie zamknięte.

Podaję z lekko podgrzanym mlekiem roślinnym(ryżowe,czy migdałowe dodatkowo wzbogacają smak swymi charakterystycznymi nutami,choć do kawy zdecydowanie nie dla mnie)lub gęstym jogurtem naturalnym i kapką miodu.Czasem,dla uzyskania bardziej delikatniejszego charakteru,zalewam porcję ziaren gorącą wodą,przykrywam talerzykiem i odstawiam do napęcznienia.Po tym czasie płatki zmiękną,a bakalie uwolnią aromatyczne zapachy.Dodaję wtedy kilka łyżek mleka lub jogurtu.
I gotowe!



 Macie swoje ulubione,wiosenne śniadania,bez których nie wyobrażacie sobie początku dnia?:)