niedziela, 14 października 2012

Determinanty wolnego dnia




Prosperując na intelektualnej obczyźnie,w którą zagłębiam się z coraz intensywniejszą siłą(pomijając dni zupełnie wolne i te,kiedy większą ilość godzin mogłabym przesiedzieć z głową przykryta puchową kołdrą,z wyłączonym tel.i zamkniętym oknem:aby do umysłu nie dotarł żaden ułamek miejskiego zgiełku.),powolutku ogarniam dochodzące ze wszystkich stron realistyczne sygnały z hasłami:nowa droga.początek.czytaj.ucz się.żyj!

Niezaplanowane weekendy wśród kątów obcego miasta mogą przynieść zadowolenie.Umilić beztroskie godziny wolne od jakichkolwiek zajęć.Ponieść na poziom iluzorycznych wyobrażeń,o których istnieniu pośród normalnych/szarych 5 dni tygodnia nie często mam sposobność sobie przypomnieć.

Niedziela.

Delektuję się skrawkiem odchodzącego,wrocławskiego weekendu.Błękitne niebo zawisło nad głową.Raz po raz chłodne powiewy wiatru wzbogacają dotykiem falujące włosy spięte jedynie niewielką spinką.
Niekiedy, zatroskane promienie słońca wyślizgną się z wyżyn,by jasnymi plamami uraczyć zziębniętych przechodniów(w tym i mnie..)spacerujących po barwnym,klasycznym ogrodzie z nutą pomarańczy na pierwszym planie.
Wróć...! ów jesienny,przesycony dyniowym kolorem Ogród  Botaniczny UW z założenia miał być mym przedpołudniowym miejscem relaksu/ale,jak to zwykle u mnie bywa plany przefiltrowałam o 180 stopni.
Zostałam u siebie(?).Trasa spacerowa wzdłuż Odry z licznymi przystankami w okolicznych,szeleszczących parkach wydała mi się nieco bardziej wypoczynkową przestrzenią.Taka,już jestem.Jeśli mam wybór,zawsze dalej mi,niż bliżej do zaludnionych placów wypełnionych nachalnym gwarem i piskiem dzieci;nie tego dziś potrzebowałam.
Cisza i spokój    dwa determinanty wolnego dnia,od których nie sposób się opędzić.Zatem,przemierzam coraz to nowsze kilometry zabarwionych jesienią zaułków.Siadam pośrodku dwóch mostów.Zaskoczona zrywam fioletowe astry,takie same,jak te z ostatniego wpisu(z ogródka Babci)i namacalnie próbuję odtwarzać obrazy/smaki/zapachy zagarnięte w szuflady umysłu podczas ostatniego,wiejskiego weekendu.



tydzień wstecz/
u Dziadków.

Od progu słyszę radosne pianie dumnego koguta.
Z tyłu podwórza wygrzewają się zebrane do siatkowych worków włoskie orzechy./na myśl,od razu nasuwa się wizja świątecznego stołu z tradycyjną kutią wypełnioną chrupiącymi okruchami.




Widok i smak pierwszej,październikowej truskawki wyszperanej spod ciemnozielonych liści               nie do zapomnienia.


mini suszarnia borowików,każdego dnia znajdowanych pomiędzy trawami rozrośniętego pod domem świerkowego lasku.Zapach nie do opisania!


Jest i babciny jabłecznik pełen słodkiego aromatu złotych renet napadałych wokoło rosnącej po sąsiedzku,starej jabłoni.
Zwykły,polski smak domowej kuchni.
Niewymuszony zapach cynamonu oblepiający starte cząstki jabłkowej klasyki.
Lekka chwila przy stole przybranym kiczowatą ceratą w cytryny.lubię ją!
i ciepła herbata.



Jabłecznik Babci Uli

kilogram dojrzałych, złotych renet
łyżeczka cynamonu
sok z cytryny

kilka łyżek jabłkowego musu*

nieco ponad 500 g przesianej mąki pszennej
proszek do pieczenia
szklanka drobnego cukru do wypieków
łyżeczka cukru waniliowego
kostka masła/margaryny
jajko
1 żółtko
1,2 łyżki gęstej,kwaśnej śmietany
szczypta soli
cukier puder do posypania ciasta

Jabłka obieramy,ścieramy na tarce o grubych oczkach i od razu skrapiamy świeżo wyciśniętym sokiem z cytryny. 

Mąkę mieszamy z proszkiem,solą,dodajemy na wpół miękkie masło i powoli kroimy na mniejsze kawałki.Dodajemy cukry,jajko,żółtko i zaczynamy zagniatać ciasto,aż do momentu idealnego połączenia się składników.W razie ,zbyt kruchej masy dodajemy śmietanę.
Gotowe ciasto owijamy w folię i wkładamy do lodówki na minimum godzinę.Po tym czasie, dzielimy je na mniej więcej 2 równe części.Jedną rozwałkowujemy na omączonym blacie  i delikatnie,przy pomocy wałka przekładamy na wysmarowaną masłem i oprószoną bułką tartą prostokątna blaszkę.Rozsmarowujemy bursztynowy barwą mus i wykładamy przygotowane wcześniej jabłka wymieszane z cynamonem.Na wierzch ścieramy(Nasz ulubiona forma zwieńczenia kruchego ciasta)pozostałą część ciasta lub skubiemy palcami i układamy do przykrycia całek pow.jabłek.
Pieczemy 50/55 min. w 180 stopniach.Po upieczeniu otwieramy drzwiczki i  na chwil parę zostawiamy blaszkę w spokoju.
Kroimy w formie/nie ma potrzeby wyciągania całego jabłecznika.Podajemy oprószony pudrem.
Nie muszę pisać,że najlepszy jeszcze ciepły z unoszącą się aromatyczną parą rozpływających się pod podniebieniem mięciutkich jabłek.


*ów wypiek zawiera kremowy,idealnie wysmażony mus spod ręki Babci,tutaj jest mój,nieco bardziej rustykalny z widocznymi kawałkami antonówek i korzennych przypraw.

 **wybaczcie niezbyt wyrafinowany kadr efektu finalnego.takie chwile chłonę takimi jakie są,po prostu.bez plastiku i układania malutkich porcyjek dla pań na ciągłej diecie;)


Na odchodne dostałam na rower pokaźną torbę jesiennych darów.
Twardawe,oliwkowo-słoneczne konferencje,czerwone jabłka pomieszane ze wspomnianymi renetami  i akcent dla duszy    kwiaty moją mantrą.



kolacja pod znakiem tatowych klimatów.
jakoś specjalnie nie przepadam,ale od czasu do czasu dam się skusić:)

a,Wy lubicie?   





35 komentarzy:

  1. pamietam te czasy jak przyjeżdzałam do Dziadków na Wieś i dokładnie takie same widoki i odgłosy witały nas od progu:)...teraz mam wrażenie, że to było wieki temu...
    Cudownie widzisz nowy, otaczający Cię świat. Niestety nie znam Wrocławia na tyle, żeby cos polecić;(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. strasznie się cieszę,że mogłam przywołać tak ciepłe wspomnienia:)!

      uściski Agnieszko!

      Usuń
  2. Jakie trudne słowo - detarmi...coś tam, ale fotki super jak zawsze.

    OdpowiedzUsuń
  3. Twoi Dziadkowie stworzyli cudowny dom, pięknie o nim piszesz i pięknie go opisujesz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję Ci pięknie!
      za każdym razem,kiedy tam jestem czuję niebywałe ciepło..gdzieś,tam w środku/obok serca.
      święta tam spędzane są najpiękniejszymi chwilami w roku!

      Usuń
  4. zgadzam się, gdy piszesz o domu dziadków zawsze robi mi się ciepło na duszy

    OdpowiedzUsuń
  5. "Cisza i spokój dwa determinanty wolnego dnia" - kwintesencja.
    i tak, lubimy. tatowe klimaty, kwiaty, późne truskawki, spacery, szuone grzyby i pana koguta też.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. i jeszcze wiele innych,pobocznych kwestii też;)

      Usuń
  6. Moniu jak wspaniale jest mieć taką dziadkową odskocznię. Te siaty orzechów, kogut, cerata... Ach.
    Truskawki też jadłam prosto z krzaka tydzień temu :)
    A co to to tatowe? ;) mleczna? Jeśli tak to ja nie lubię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. prawda:))cieszę się z tego na każdym kroku.
      a jesienne truskawy...niebywałe!
      można,tak powiedzieć;)w końcu mleko odgrywa tutaj kluczową rolę wraz z cukrem i chlebem/rzadziej z bułką.naprawdę sielskie klimaty;)

      Usuń
  7. ucz się? na początku studiów? he he. na bank :>
    (co studiujesz?)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ;))/zdrowie pbl.(zarządzanie,socjologia,ochrona,promocja zdrowia-ogółem)

      Usuń
  8. Też zgadzam się z tą ciszą, spokojem i niedzielnymi spacerami. I jednocześnie zazdroszczę grzybów, truskawek i jabłecznika. ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ach te wypieki hmmm :) W sobotę robiłam babeczki na 18 urodziny brata, ale tak się spieszyłam aby zdążyć je zanieść, że nie uwieczniłam ich na zdjęciu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wieka szkoda Sylwio!chętnie bym skosztowała kiedyś słodkich wypieków Twojego autorstwa:)

      Usuń
  10. U mnie sobota też minęła pod znakiem jabłecznika :)
    Wiesz, ja na dobrą sprawę - pomimo całej mojej miłości do Wrocławia, do tego właśnie miasta nie mogłabym chyba tam żyć za zawsze. To na wsi jest mój dom, tu, pod lasem, z moim sadem, ogrodem. Zgiełk miasta jednak nie dla mnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a ja,póki co zaczynam coraz bardziej lubić to klimatyczne miasto spotkań:)może,kiedyś przekonam się do niego na tyle,aby pozostać tam na zawsze..?

      pozdrawiam ciepło!

      Usuń
  11. Też czasem uciekam od zgiełku miasta...niestety potem do niego wracam - nałóg? :)

    OdpowiedzUsuń
  12. To mi bardzo przypomina dom swich dziadkow, do ktorego nie moge juz wrocic :( Bardzo piekna atmosfera. A jedzenie, jak zawsze, wyglada bardzo pysznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jesteś kolejną osobą,która zaznała tutaj fali kojących wspomnień.bardzo mnie to cieszy:)

      pozdrawiam Aniu!

      Usuń
  13. Piękny dzień,cudowne klimaty.
    Lubię tak,tęsknię za takimi chwilami...
    Jabłecznik taki mi bliski.
    A bułkę z mlekiem wspominam z sentymentem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ów chwile są rzadkie,ale jak najbardziej osiagalne.zawarte w naszej podstawowej egzystencji.nie można o nich zapominać,ani ich odpychać.zawsze znajdzie się odpowiedni czas na ich praktykowanie./prosto,lecz z miłością i ciepłem.

      dziękuję za wizytę Amber!

      Usuń
  14. Przepiękne zdjęcia i dziękuję za przepis na jabłecznik, na pewno skorzystam!
    A bułkę z mlekiem uwielbiam!
    pozdrowienia ślę,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. więc klasyczne podrobione ma i swoich zagorzałych zwolenników;))dla mnie od czasu do czasu,z dużą ilością cukru waniliowego;)

      pozdrawiam!

      Usuń
  15. Jak ja lubię takie klimaty! Pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
  16. mnie też częściej ciągnie w miejsca osamotnione i wypełnione ciszą. wśród gwaru nie da się myśleć.

    OdpowiedzUsuń
  17. ja pierwszych kilka lat spędziłam w domu u dziadków , bo tam po prostu mieszkaliśmy i jak czytałam co ty piszesz to widziałam to co było udziałem mego życia ,ach

    p.s dziś jest takie większe święto chleba ,a Monika na pieczenie chleba jest zawsze dobry czas, jak nie dziś to jutro
    buziaki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja również mieszkałam u dziadków,jednak jako naprawdę mała dziewczynka nie pamiętam wiele..teraz,kiedy odwiedzam ich w weekendy,czuję się naprawdę szczęśliwa.ta myśl,że jest miejsce,gdzie zawsze mogę się zaszyć,powspominać ostatnie lata,chłonąć zapachy nasiąknięte przeszłością tradycji jest bardzo kojąca.

      o dniu chleba słyszałam,a jakże:)właśnie z tego wzniosłego powodu lamentowałam nad moim lichym piekarniczym repertuarze;)może w następny rok uda się wygospodarować chwilkę na swój własny,pachnący bochen.

      pozdrawiam Cię!

      Usuń
  18. jej, uwielbiam czas spędzony u babci i dziadka .. :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Serdecznie zapraszam do candy z okazji pierwszych urodzin naszego bloga gdzie zdobyć można bardzo fajną książkę oraz kilka dodatków :)
    http://ksiazeczki-synka-i-coreczki.blogspot.com/2012/08/urodzinowe-candy.html

    Oraz na Halloweenowy konkurs gdzie do wygrania jest bon o wartości 40zł do zrealizowania w księgarni Gandalf :)
    http://babylandiaa.blogspot.com/2012/10/halloweenowa-niespodzianka.html

    Bardzo przepraszam za spam...

    OdpowiedzUsuń
  20. The chicken photo is so awesome! Your pie looks amazing too. Thank you for sharing the recipe.

    OdpowiedzUsuń
  21. Piękne chwile w domostwie dziadków. Z przyjemnością je przeczytałam. Przy okazji westchnęłam... żałuję, że nie mam takich.
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję Ci!
      to prawda,każdą drobną chwilę tam spędzoną zapamiętuję i chłonę niczym magiczne karty powieści.mojej własnej.cieszę się,że mam to wszystko..ale często świat przesłaniają mi wyimaginowane,niegodne uwagi rzeczy,których cały czas próbuję się wyzbyć i poczuć wiatr we włosach.

      pozdrawiam ciepło!

      Usuń

Dziękuję za poświęcony czas i chęci:)