niedziela, 29 września 2013

Fakty września/o owocach w słoiku zamkniętych,pomidorowym sosie i puszystej drożdżówce.



Kapryśny wrzesień dobiega końca.Pierwszy miesiąc jesiennych feerii barw i zapachów.

Dla mnie to czas spokojnych rozmów przy kubku herbaty,widoków zeschniętych chochołów kukurydzy z balkonu wespół ze złoto przebarwiającymi się liśćmi trzech topoli ,wieczorów w miękkim fotelu z laptopem na kolanach i wreszcie kulinarnych uniesień wokół domu,z najbliższymi osobami. 

**

Połakomiłam się na kuszącą,fotogeniczną drożdżówkę z soczystymi brzoskwiniami,jako pierwsze zdjęcie tegoż długiego wpisu,by zaostrzyć apetyt i przygotować zmysły na przaśny kawałek najcieplejszego ciasta,jakie do tej pory dane mi było upiec.

a tymczasem…z ciepłą herbatą w ręku, przy oknie odbijającym jasne łuny  jesiennego światła witam przedostatni dzień m-ca.Teraz tutaj.We Wrocławiu.I dzielę się z Wami mocą smacznych okruchów ostatnich dni.


przedstawiam Wam rewię owocowych przetworów wczesno- jesiennym czasem poczynionych.

Pomarszczone śliwki+słodkie,rumiane maliny w słoikach zamknięte.

Dwa niezaprzeczalne typy przywołujące w pamięci ciepłe,sielskie dni,kiedy jedynym dylematem był wybór pomiędzy popołudniową przejażdżką rowerem,a spacerem z psem  wzdłuż rumiankowej łąki.


Zacznę od ciemno-fioletowych węgierek dojrzewających z początkiem miesiąca na przedwojennych drzewkach w ogrodzie dziadków za domem.

Każdego roku z coraz większą przyjemnością wyczekuję intensywnego w smaku i zapachu okresu śliwkowych zbiorów.Mam to szczęście,że nie muszę biegać po miejskich straganach i wyszukiwać tych najładniejszych,nadających się do czegokolwiek okazów.Mam to wszystko w zasięgu ręki,u dziadków.Pełnia natury w najlepszym tego słowa znaczeniu.


Tej jesieni postawiłam na klasykę gatunku,bez grama cukru i innych dodatków,których smaku dane mi było doświadczyć poprzedniego sezonu,kiedy to do śliwkowego musu dosypywałam płatków migdałów i korzennych przypraw.W tych słoikach nie ma nic poza kwintesencją aromatu babiego lata,tak przeze mnie faworyzowanego.

Mocno dojrzałe węgierki smażone trzy dni pod rząd po 1,5 godziny w finalnej wersji zabierają Nas w słodką krainę spokojną jesienią pachnącą.Po otworzeniu pierwszego słoiczka ma się nieodpartą myśl,że stworzyło się coś wyjątkowego(choć to „tylko” zabarwiona fioletem owocowa masa),coś,co nienachlanie i z klasą umili nadchodzące słotne dni jesieni.


Intensywnie zaróżowione maliny natomiast, zawsze kojarzone będą z perfekcyjnie wypielęgnowanym ogrodem pradziadka Szymona (dającym mu tyle energii i radości dnia codziennego,że nie sposób zamknąć tego w słowa) mieszkającego kilka domów dalej od dziadków.

Wrześniową porą usłaną ciepłymi promieniami słońca,z koszykami w dłoniach wybieramy się w Jego niesamowite włości,by posmakować tych delikatnych owocowych nut prosto z krzaka.

Malinowe przetwory nigdy nie były u nas tradycją.Często,co pamiętam z dzieciństwa, dziadek w swej kamiennej piwniczce tuż obok ogrodu pochylał się nad aromatyczną produkcją soku,którego słodycz na języku pamiętam po dziś dzień;taka była nietuzinkowa.

Dziś dziadek, już nie tak wartki i żwawy to i soku jak na lekarstwo(nomen omen).Reszta rodziny nie pała zbytnią chęcią,by zająć się zapomnianą piwniczką,ale niech no tylko minie kilka lat.Dojrzała w swej kulinarnej drodze powrócę na wieś i kto wie..może urodzi się z  tego jakaś mała,lokalna produkcja:)

W której na pewno znalazła by swoje miejsce babcia-nieoceniona skarbnica sprawdzonych receptur i mój osobisty doradca smaku:)

Ten piękny słoiczek z malinowym wnętrzem to właśnie Jej dzieło.
Recepturę i tradycyjny sposób wykonania odzwierciedlający Nasze domowe próby wyśmienicie prezentuje Martha Stewart na tej stronie.Polecam tam zajrzeć. 


Zwinnym krokiem przejdę do warzyw.Sezonowi bohaterowie wczesnej jesieni to bez dwóch zdań soczyste pomidory dzień za dniem rumieniące się na działce.

Z krwisto-czerwoną papryką,główkami czosnku i cebulką tworzą niezapomniany w smaku warzywny kwartet.Są po prostu stworzone,by łączyć się w aromatyczne gamy i zachwycać w postaci aksamitnego sosu urozmaiconego ziołami i kapką złotej oliwy.

Sekret tkwi w pieczeniu w wysokiej temperaturze.Następnie ściąganiu zmarszczonej skórki i blenderowaniu do uzyskania gładkiej konsystencji.Pomysł zaczerpnięty(znów) od M.Stewart tutaj.

Jeśli sosu zamierzam zrobić w większej ilości i zapakować w słoiki na zimę nie dodaję suszonych ziół bojąc się by sos nie zgorzkniał – jeśli nie mam świeżych wekuję bez ziół, a  po otwarciu słoika doprawiam.

(po cichu napiszę,że wcale nie mam dość przetwórstwa  w jesiennym sezonie.Do zrealizowania czeka/tak zachwalana:) czekośliwka,jarzębinowo-gruszkowy mariaż oraz wariacje na temat dyni,ale wszystko w swoim czasie.)


A,z dala od kuchennych oparów łapię świeże chwile jeżdżąc rowerem po dobrze znanych zakamarkach wiejskich dróg.
Zatrzymuję obrazy słonecznej wrześniowej aury.



kalecząc się przy tym niemiłosiernie:)


Takim oto trafem dobrnęłam do końca mej wrześniowej opowiastki.Były owoce,warzywa i jesienne widoki.Brakuje tylko pewnego ciasta,a dokładniej drożdżówki.Z owsianą kruszonką i dzikimi brzoskwiniami,które w końcowym etapie pieczenia dekorują domowe kąty rustykalnym aromatem przyjemnie pieszczącym zmysły.

Okazale wyrośnięta w wysokiej tortownicy,puszysta,a zarazem delikatnie wilgotna o sprężystej strukturze zabarwionej jajkami od szczęśliwych kur.

To taki mój ulubiony wypiek domem pachnący,który prezentowałam dwa lata temu w podobnej porze w wersji z cynamonowymi śliwkami.

Tutaj,oprócz owocowych dodatków i klimatycznej kruszonki zmieniłam też ilość mąki,tj.zwiększyłam ją nieznacznie,gdyż ciasto podczas wyrabiania wydawało mi się zbyt lejące.Reszta bez zmian.


Drożdżówka z brzoskwiniami i owsianą kruszonką(ulubiona)
przepis własny

550g mąki
30g świeżych drożdży
180g cukru
cukier waniliowy
2 jajka wiejskie
1 żółtko
250ml letniego mleka
75g masła roślinnego
2 łyżki oleju
szczypta soli

dodatki:
10 małych brzoskwiń przekrojonych na połówki

Owsiana kruszonka
100 g zmielonych na pył płatków owsianych(zostawiłam odrobinę o grubszej strukturze)
60 g mąki pszennej
60 g cukru trzcinowego
60 g zimnego masła


Rozkruszone drożdże zasypujemy łyżeczką cukru,dwiema łyżkami mleka i mąki,rozrabiamy gęsty rozczyn i odstawiamy do wyrośnięcia.
Mąkę mieszamy ze szczyptą soli,cukrami,jajkami i żółtkiem rozbełtanymi w pozostałym mleku.Lekko łączymy składniki ,po chwili dodając wyrośnięte drożdże.
Wyrabiamy ciasto dłonią,aż nabierze przyjemnego,słomkowego koloru i będzie częściowo odchodzić od ręki,wtedy  wlewamy rozpuszczony i przestudzony tłuszcz.
Zagniatamy do uzyskania jednolitego i elastycznego ciasta.
Na sam koniec dodajemy dwie łyżki oleju i jeszcze raz wyrabiamy,do całkowitego wchłonięcia.
Zagniecione ciasto oprószamy mąką,przykrywamy bawełniana ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na ok.1 godzinę,do podwojenia objętości.
Wyrośnięte ciasto,odgazowujemy,krótko zagniatamy i wkładamy do dokładnie natłuszczonej formy.U mnie tortownica o średnicy 26cm.
Układamy przygotowane połówki brzoskwiń lekko dociskając je do wnętrza ciasta.
Odkładamy do ponownego wyrośnięcia na ok.1 godzinę.
Po tym czasie drożdżówkę obsypujemy kruszonką:

Podane sypkie składniki zagniatamy z pokrojonymi kawałkami masła do powstania drobnych okruchów.
Pieczemy 50 minut w 170 stopniach.
Drożdżówka jest dobrze upieczona,kiedy lekko odchodzi od boków formy, a jej barwa przybrała ciemno-złoty odcień. 



Smacznego października pełnego słońca Wam życzę!
m. 

17 komentarzy:

  1. ale nostalgiczny i bardzo smakowity post :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. bardzo miło czytać takie wpisy ;) zawsze marzyła mi się taka jesień, z kubkiem herbaty i książką w ręku, wieczorami z najbliższymi.. jednak zawsze szkoła i nauka wszystko mi popsuje. całusy dla Ciebie i rownie udanego pazdziernika :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mam nadzieję,że dwa kolejne miesiące jesieni będą Twoje.te wymarzone:)
      uściski!

      Usuń
  3. Pychoty i jeszcze ta sielska atmosfera przebijająca z Twojej opowieści, miło popatrzeć i poczytać :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. wrzesień był kaprysny - to prawda! Mam nadzieję, że październik nieco Nam osłodzi tę jesień :)

    OdpowiedzUsuń
  5. wrzesień miał swoje humorki, ale i tak był przyjemny! :) a październik niech będzie jeszcze lepszy!

    OdpowiedzUsuń
  6. Mnie październik tak osłodził poranek, że aż warstwa pudru cukru mi do szyb auta przymarzła ;D skrobać musiałam :) nieźle się zaczęło....


    P.S. Tak się wydaje, ale patrzenie i widzenie nie zawsze jest takie łatwe... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ależ nietuzinkowo nazwałaś tę niesforną przypadłość zimnych poranków:)podoba mi się!

      otóż to,świadome widzenie świata rządzi się zupełnie innymi priorytetami od tych,do których przyzwyczaiła nas rutyna codzienności..
      wystarczy chcieć zacząć patrzeć "inaczej",a rzeczywistość stanie się całkiem przyjemną bajką:)

      Usuń
  7. bardzo smakowity post, ledwo dałam radę przeczytać ;) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję,że wytrwałaś:)
      pozdrawia i ja!

      Usuń
  8. Drożdżowe, pod każdą postacią, było moją ostatnią miłością w domu. Chyba, dlatego, że wymaga dużo uwagi, ciepła i stwarza niesamowity klimat :)

    Przesyłam serdeczności! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bo to takie ciasto domem pachnące:)pełne niezrozumiałego ciepła wyłaniającego się z pachnących oparów nad dopiero co ukrojonym,świeżym kawałkiem.
      i masz rację.wymaga nietuzinkowej uwagi.cenię to.bardzo.

      dziękuję za odwiedziny Aga:)
      uściski!

      Usuń
  9. The packaging of the jam is so cute! And the cake looks good:)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za poświęcony czas i chęci:)